O księciu Józefie Poniatowskim

Józef Poniatowski, nie zawsze chyba dostatecznie doceniany, jeśli chodzi o rolę, jaką odegrał w dziejach Polski, to postać niezwykle barwna. Bohater, dzielny wódz, gorący patriota, ale też uwodziciel damskich serc i hulaka korzystający z uciech życia. Taki właśnie obraz przeszedł do historii. Wizerunek ten był utrwalany przez setki sztychów, rycin i obrazów zawierających przedstawienie księcia z błyskiem w oku, pod ułańskim czakiem zawadiacko przechylonym na głowie, w mundurze generalskim udekorowanym gwiazdą Legii Honorowej i krzyżem Virtuti Militari.

Koleje życia księcia Józefa mogłyby stanowić kanwę dla scenariusza do niejednego filmu. Mamy tu osobiste zwroty życiowe, polityczne i nie tylko, dylematy, liczne przygody miłosne (i dwóch nieślubnych synów) oraz błyskotliwą od pewnego momentu karierę wojskową i polityczną. Schyłek życia księcia i jego śmierć uwieńczyły narodziny legendy, która znalazła swoje odbicie w najróżniejszych formach.

Józef Poniatowski przyszedł na świat w Wiedniu 7 maja 1763 roku. Jego rodzicami byli Teresa Herula Kinsky oraz Andrzej Poniatowski – brat ostatniego króla Rzeczypospolitej. Ojciec księcia Józefa był oficerem armii austriackiej. Zmarł młodo, w wieku 49 lat, a pieczę nad wychowaniem młodego księcia przejął stryj – już wówczas król, Stanisław August. Zapewnił on staranną opiekę bratankowi, który zresztą szybko wykazał zamiłowanie do tego, co miało mu przydać walorów wojskowych. W 1780 roku książę rozpoczął służbę w armii austriackiej i w ciągu kilku lat dosłużył się stopnia pułkownika, a nawet był adiutantem cesarza Austrii Józefa II i brał udział w wojnie austriacko-tureckiej w latach 1787–1791. Regularnie jednak, zgodnie z wymogami stryja, bywał w Rzeczypospolitej, a w 1789 roku zakończył służbę cesarską i przybył do Polski już na stałe. Było to dla młodego Józefa spore wyrzeczenie. W Wiedniu zostawiał swój świat, koneksje oraz bardzo dobrze zapowiadającą się karierę w wojsku cesarskim. Wygrało jednak poczucie obowiązku i posłuszeństwo. Rozpoczął służbę w szczupłym, niedofinansowanym i słabym wojsku polskim. Jako dwudziestosześcioletni generał-major został dowódcą jednej z dywizji na wschodzie kraju. W dobie Sejmu Wielkiego był gorącym zwolennikiem uchwalenia nowej konstytucji. Z poświęceniem bronił jej w wojnie z 1792 roku, podczas której odniósł niemały sukces w bitwie pod Zieleńcami. Po tej potyczce jako jeden z pierwszych odznaczony został świeżo ustanowionym z tej okazji orderem Virtuti Militari, który notabene król powołał na jego wniosek. Wkrótce potem bardzo gorzko przeżywał przystąpienie swojego stryja do konfederacji targowickiej i zwycięstwo Rosjan, po którym złożył dowództwo. Wtedy to zdobył się na symboliczny gest – odesłał stryjowi przyznane wcześniej Ordery Świętego Stanisława i Orła Białego. Już wówczas dawały o sobie znać ogromne walory księcia – patriotyzm, poczucie honoru, a jednym z efektów tych zalet było okazywane mu przywiązanie żołnierzy. Wkrótce po klęsce opuścił Polskę. Przebywał w Wiedniu i Brukseli, tam poznał legendarną hrabinę Henriettę de Vauban, która wkrótce miała stać się opiekunką księcia (być może także jego kochanką), a zamieszkawszy kilka lat później w pałacu Pod Blachą, właściwie współrządziła tym miejscem i stała się ważną postacią towarzyskiego świata Warszawy tego czasu.

Wiosną 1794 roku książę wrócił do Polski i przybył do obozu Tadeusza Kościuszki, by pełnić służbę „prostego żołnierza”. Latem tego roku powierzono mu jeden z odcinków obrony Warszawy podczas pruskiego oblężenia. Walczył w sytuacji skomplikowanej, jako bratanek niepopularnego wówczas króla Stanisława Augusta i krewny krytykowanych stryjów – prymasa Michała Poniatowskiego i byłego podkomorzego nadwornego Kazimierza. Przyszło mu dowodzić odcinkiem szańców warszawskich (na odcinku Gór Szwedzkich), gdzie potrafił wykazać się odwagą, osobiście – gdy zaszła taka potrzeba – prowadząc swoich żołnierzy do ataku. Po klęsce powstania udał się do Wiednia, a w 1798 roku, po pobycie w Petersburgu związanym ze śmiercią Stanisława Augusta, wrócił do Warszawy, by objąć w posiadanie pałac Pod Blachą, który otrzymał od swojego królewskiego stryja w grudniu 1794 roku. Jego rezydencjami były też: pałac w Jabłonnie odziedziczony po prymasie Michale Poniatowskim oraz Pałac na Wyspie w Łazienkach Królewskich, z Białym Domkiem, Pałacem Myślewickim i Belwederem, odziedziczone po zmarłym Stanisławie Auguście w 1798 roku. Główną siedzibą księcia stał się warszawski pałac Pod Blachą. Zamieszkał tam ze swoją siostrą, Marią Teresą, oraz z hrabiną Henriettą de Vauban. Tajemnicza arystokratka francuska roztoczyła nad księciem (oraz jego finansami) opiekę i pozostawała w Warszawie aż do 1816 roku.

Rozpoczął się w pałacu Pod Blachą okres intensywnego życia towarzyskiego, pełnego balów, często ekstrawaganckich, w których licznie uczestniczyła warszawska arystokracja, ale które zarazem budziły niechęć wielu warszawiaków żyjących w trudnych realiach okupacji pruskiej. Krytykowano też samego księcia za beztroskie i zbyt wystawne życie. Pałac Pod Blachą, pałac w Jabłonnie i Łazienki Królewskie – tam właśnie biesiadowało i oddawało się rozrywkom rozpieszczone otoczenie księcia. U boku hojnego Józefa Poniatowskiego warszawska – używając dzisiejszego określenia – bohema prowadziła pełne zbytków, próżniacze i ekstrawaganckie życie. Upływało ono niemal niefrasobliwie na zabawach, miłostkach, grze w karty i pijatykach. Wszystko to wymagało dużych pieniędzy, a książę wydawał je lekką ręką – na przykład często przegrywał w karty całkiem spore sumy. Roczne wydatki Józefa Poniatowskiego sięgały 700 000 złotych, a w jednym z miesięcy karnawału wyniosły aż 250 000 złotych! – a przy tym jego dochody z przejętych spadków nie przekraczały nawet połowy wydawanych sum. Książę zatem często tonął w długach, pożyczając wielokrotnie pieniądze (właściwie swoje własne) od hrabiny de Vauban.

Pałac Pod Blachą wiódł prym w tym towarzyskim i wystawnym życiu książęcego dworu, latem jednak przenoszono się do Jabłonny. Tam książę oddawał się konnym przejażdżkom, grze w piłkę „rakietem” czy „spacerom” łodzią po Wiśle. Życie dworu księcia w pałacu w Jabłonnie było nieco mniej huczne aniżeli to prowadzone w pałacu Pod Blachą, nie zmienia to jednak faktu, że i ta rezydencja była przez niego bardzo lubiana.

Czytaj więcejPowoduje pokazanie lub ukrycie reszty tekstu

W miesiącach letnich książę Józef bywał również niekiedy w Łazienkach Królewskich. Wbrew woli Stanisława Augusta mówiącej o tym, aby zachować tam jak najwięcej ze wspaniałych zbiorów, książę uszczuplił łazienkowską kolekcję dzieł sztuki, wywożąc wiele z nich do faworyzowanych przez niego pałaców Pod Blachą i w Jabłonnie. Ślady czasów księcia Józefa pozostały w Łazienkach Królewskich do dziś. Na fasadzie Pałacu Myślewickiego, wybudowanego na polecenie Stanisława Augusta, a którego właścicielem książę Józef był od około 1779 roku, umieszczone są inicjały „JP”. Na pierwszym piętrze tego pałacu znajduje się sypialnia księcia, do której niegdyś prowadziły sekretne drzwi. Wnętrze to umeblowane jest między innymi empirowym łożem, szafką i stolikiem do łóżka z regulowanym blatem. Ściany zdobią obrazy – w tym portret księcia Józefa w mundurze marszałka Francji z Gwiazdą Legii Honorowej i Gwiazdą Orderu Virtuti Militari oraz obraz z 1820 roku, pędzla Marcina Zaleskiego, przedstawiający śmierć księcia, a także litografia mu poświęcona, wykonana przez François-Séraphina Delpecha.

Z początkiem marca 1801 roku do Warszawy przybył późniejszy król Francji Ludwik XVIII. Był on bratem zabitego w 1793 roku Ludwika XVI i od kilku już lat, po ucieczce z własnego kraju ogarniętego najpierw rewolucją, a później będącego pod rządami Napoleona Bonapartego, podróżował po Europie. Niełatwe to były wojaże, ponieważ kolejne europejskie dwory, wobec rosnących wpływów i zwycięstw Napoleona, nie chcąc psuć z nim ewentualnych stosunków politycznych, pozbywały się kłopotliwego gościa, który w roku 1798 trafił aż do Kurlandii i tam korzystał z gościny cara Pawła I. Z końcem 1800 roku jednak, z uwagi na polepszenie stosunków między carem a Napoleonem, Ludwik zmuszony został do wyjazdu. Tak trafił do okupowanej przez Prusaków Warszawy. Przyjazd ten ożywił nieco towarzyskie życie w Łazienkach Królewskich, ponieważ Francuz na lato przeniósł się do Białego Domku, który udostępniły mu władze pruskie i ofiarował sam książę Józef na mieszkanie.

W tych trzech rezydencjach (pałac Pod Blachą, pałac w Jabłonnie i Łazienki Królewskie) Józef Poniatowski, jego świta i goście spędzali kolejne lata z dala od znaczącej aktywności politycznej. Gdy jednak w listopadzie 1806 roku do Warszawy wkroczyły wojska francuskie, książę witał je na czele utworzonej pospiesznie milicji miejskiej i wkrótce – pomimo krytyki, z jaką spotkała się ta inicjatywa – objął dowództwo nad tworzącym się u boku Francuzów wojsku polskim, jednocześnie w dużym stopniu sam je organizując. W styczniu 1807 roku został dyrektorem wojny, a w październiku tego samego roku – ministrem wojny Księstwa Warszawskiego, pałac Pod Blachą zaś, jako siedziba księcia, stał się budynkiem rządowym. Tworzenie przy bardzo skromnych środkach nowej armii polskiej było ogromnym wyzwaniem, z którego książę wywiązał się znakomicie. Było to tym większe osiągnięcie ze względu na dramatyczną sytuację ekonomiczną Księstwa w praktyce okupowanego przez Francuzów i ogromnie przez nich eksploatowanego. Nowy minister wojny potrafił też zażegnywać nieporozumienia z legionowymi oficerami. Jego autorytet jako wodza wojskowego oraz polityka rósł szybko – także w oczach początkowo odnoszącego się do niego z dystansem Napoleona. Był przy tym coraz bardziej szanowany, a przez żołnierzy wprost uwielbiany.

Praca nad tworzeniem i wyposażaniem wojska pochłaniała księcia. Tym samym jego dawne hulaszcze życie straciło na intensywności. Bale bywały rzadsze i mniej huczne. Dużym jednakże i bardzo wystawnym (kosztownym) wydarzeniem było przyjęcie zorganizowane w dawnej Bibliotece Królewskiej i przyległym do niej pałacu Pod Blachą przez siostrę księcia, Marię Teresę, w maju 1808 roku z okazji urodzin Józefa. Zorganizowano jubilatowi szereg atrakcji i rozrywek, łącznie z tańcami oraz pieśniami na jego cześć, a także „biwakiem” wojska na dziedzińcu pałacu Pod Blachą. To przyjęcie, utrwalone na rycinie Zygmunta Vogla na życzenie gospodyni balu, spotkało się jednak także (ze względu na jego koszt) z niejedną krytykę.

Lato 1808 roku książę Józef spędził w Łazienkach Królewskich. Znowu nastąpił czas bardzo intensywnego życia towarzyskiego. Odbywały się tu liczne bale, iluminacje oraz pokazy fajerwerków. Urządzano śniadania i podwieczorki. Wszystko to dla otaczającej księcia polskiej i francuskiej arystokracji, która zbierała się w tym okresie w kompleksie łazienkowskim (w samym pałacu przebywały między innymi księżne Sapieżyny, a w Białym Domku – Antoniowa Potocka). W okresie tym praktycznie każdego wieczoru Łazienki odwiedzała arystokratyczna warszawska młodzież. Kilka razy w tygodniu urządzano przyjęcia. Popularne były też gry towarzyskie, w tym szarady tworzone z żywych osób. W Teatrze Królewskim Starej Oranżerii francuscy aktorzy odgrywali komedie.

Czytaj więcejPowoduje pokazanie lub ukrycie reszty tekstu

Nie dało się jednak uciec od obowiązków wynikających z sytuacji politycznej oraz pełnionej przez księcia funkcji. W kwietniu 1809 roku na terytorium Księstwa Warszawskiego wkroczyły wojska austriackie. W słynnej bitwie pod Raszynem 8 kwietnia 1809 roku, w krytycznym momencie walki, książę Józef ze swoją nieodłączną fajką w zębach, wyrwawszy jednemu z żołnierzy broń, osobiście poprowadził wojsko do ataku. Taki styl dowodzenia w bitwie stawał się typowy dla tego arystokraty. Tymczasowe oddanie części Warszawy Austriakom początkowo naraziło go na krytykę, ale zarazem pozwoliło mu podjąć szybkie działania na prawym brzegu Wisły. Do lata 1809 roku książę Józef przeprowadził błyskotliwą, szybką i zwycięską kampanię, odbierając Austrii ziemie trzeciego zaboru, łącznie z Krakowem (do miasta wdarto się brawurowo i spektakularnie, niemal dosłownie roztrącając na boki szeregi jazdy rosyjskiej u bram). Było to wspaniałe osiągnięcie, które przysporzyło Józefowi Poniatowskiemu chwały, stało się także początkiem legendy tej postaci. Sukces ów był wymierny politycznie, ponieważ terytorium Księstwa Warszawskiego zostało powiększone o świeżo zdobyte tereny, Napoleon zaś odznaczył księcia Wielkim Krzyżem Legii Honorowej.

Dla Księstwa Warszawskiego i dla samego księcia Józefa miał wkrótce nadejść czas wielkiej próby. Kolejne lata upływały na przygotowaniach do nieuniknionej wojny między Napoleonem a Rosją. Do wiosny 1812 roku polskie oddziały u boku Francuzów wzrosły do około 100 tysięcy żołnierzy. Była to ogromna zasługa ministra wojny Poniatowskiego, który umiejętnie rozbudowywał swoje wojsko, pokonując ogromne finansowe i organizacyjne trudności. Angażował się w te przygotowania, skłonny będąc jednocześnie do wyrzeczeń osobistych. Zrezygnował z utrzymywania swojej wspaniałej stajni. Bogate dotąd życie towarzyskie prowadzone w pałacu Pod Blachą ograniczył do zaledwie dwóch krótkich (między godziną 20.00 a 22.00) przyjęć w tygodniu. Spisał też swój testament, a w nim między innymi przekazał Łazienki Królewskie swojej siostrze, Marii Teresie Tyszkiewiczowej (która w 1817 roku sprzedała je carowi Aleksandrowi I), a pałac w Jabłonnie – ciotecznej siostrzenicy, Anetce Potockiej.

W czerwcu 1812 roku ruszył na czele liczącego około 35 tysięcy ludzi V korpusu, by dzielić los swoich żołnierzy podczas dramatycznej wyprawy na Rosję. Znosił morderczy pochód w głąb tego kraju. Brał udział w szeregu starć, między innymi pod Smoleńskiem – nie zawsze doceniany przez Napoleona. Wszedł za Francuzami do Moskwy. W walce pod Gżackiem, jesienią, został ranny (przygnieciony przez konia) i wieziony był dalej saniami. Widział tragiczny odwrót resztek wielkiej armii zimą 1812 roku, straszliwą przeprawę przez Berezynę i całkowitą klęskę. Symboliczny jest fakt, że polscy żołnierze ocalili z tego pogromu, w odróżnieniu od Francuzów, zarówno wszystkie sztandary, jak i całą artylerię, którą, gdy zabrakło padłych (i często potem zjadanych) koni, taszczyli na własnych ramionach. Po powrocie do Warszawy ogromne wzruszenie księcia wzbudziło, wspominane przez Anetkę Potocką, spotkanie z wracającą z Rosji grupą polskich żołnierzy znajdujących się w tragicznym stanie, którzy przybyli do pałacu Pod Blachą tylko po to, aby złożyć u stóp swojego wodza ocalone orły ze sztandarów wojskowych. Wyczerpani, w obszarpanych mundurach, przemarznięci weterani kampanii rosyjskiej, wiwatując na cześć księcia, byli aż nadto wymownym przykładem więzi, jakie łączyły go z żołnierzami.

Książę zreorganizował wojsko na nowo i wiosną 1813 roku znów podążył za Napoleonem. Akt ten świadczył o sile charakteru i poczuciu honoru, choć przecież nie obyło się bez wielkich dylematów, wahań, złych przeczuć, a nawet myśli o samobójczej śmierci. Mimo pojawiających się, nie pierwszy raz, propozycji przejścia na stronę cara, Poniatowski dochował wierności Napoleonowi. Towarzyszył cesarzowi Francuzów aż do dramatycznej bitwy narodów pod Lipskiem, która odbyła się 16–19 października 1813 roku. To wtedy właśnie – jako pierwszy cudzoziemiec – otrzymał od Bonapartego tytuł marszałka Francji. Kilkakrotnie ranny, do końca osłaniał, zgodnie z rozkazem, odwrót Francuzów, kierując się poczuciem obowiązku i osobistym honorem. Mottem stawały się jego słowa: „trzeba umrzeć mężnie” oraz przypisywane mu wcześniej zdanie będące odpowiedzią na propozycję przejścia na stronę cara: „Bóg powierzył mi honor Polaków. Bogu go tylko oddam”. Zginął 19 października w niemal symboliczny sposób, przedzierając się przez nurty Elstery. Śmierć ukochanego wodza była wstrząsem dla polskich żołnierzy, ale poruszyła też mocno samego Napoleona. Ciało, wyłowione z rzeki kilka dni później, pochowano z honorami wojskowymi w Lipsku. W 1814 roku wracający z Francji polscy żołnierze zabrali je ze sobą i przewieźli do Warszawy. Ostatecznie zwłoki księcia złożono w kościele św. Krzyża, a w 1817 roku podczas wielkiej manifestacji patriotycznej przeniesiono prochy na Wawel. I tak oto książę Józef Poniatowski, który już za życia stał się legendą jako odważny żołnierz i dowódca, choć jednocześnie skłonny do miłostek i romansów bon vivant, po śmierci został uznany za uosobienie walki Polaków o niepodległość i wzór bohatera postępującego do końca tak, jak nakazywał honor i gorący patriotyzm.

Czytaj więcejPowoduje pokazanie lub ukrycie reszty tekstu

Jedną z materialnych form tej legendy był słynny pomnik księcia, który dziś możemy oglądać przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Posąg ten jest odlewem z oryginalnej formy, z której przygotowano XIX-wieczny pierwowzór. Zamówiony został w 1817 roku, a zgodę cara na ustawienie go w Warszawie wynegocjowała Anetka Potocka. Autorem rzeźby był duński artysta Bertel Thorvaldsen. Prace, prowadzone w Neapolu, gdzie Thorvaldsen miał jedną ze swoich pracowni, trwały długo. Gipsowy model pomnika wystawiono w Warszawie w 1829 roku (transportowano go z Włoch drogą morską) i wkrótce wykonano na podstawie tego wzoru odlew z brązu. Jednak ze względu na represje carskie po stłumionym powstaniu listopadowym pomnika ostatecznie w stolicy nie ustawiono. Trafił do Modlina, a w roku 1836 został zdemontowany i zapakowany do dziesięciu skrzyń, w których przeleżał kilka lat.

Gdy zmontowano go ponownie, początkowo wzięto go omyłkowo za… wizerunek Stanisława Augusta. Pomnik niemal nie został wyrzucony na złom po carskiej inspekcji w Modlinie… Groziło mu i przetopienie. Ostatecznie jednak imperator podarował go Iwanowi Paskiewiczowi (na jego własną prośbę) i wkrótce wywieziono go do Dęblina, a w roku 1842 ustawiono przed pałacem Paskiewiczów w Homlu (obecnie miasto należy do Białorusi). Arystokracja warszawska i przedstawiciele Królestwa Polskiego interweniowali u władz carskich kilkakrotnie – między innymi w roku 1861, 1905, a także w 1917, już po obaleniu cara Mikołaja II – chcąc, by wizerunek księcia powrócił do Warszawy. Starania te nie przyniosły jednak skutku. Pomnik stał w Homlu aż do 1922 roku. W tym roku wrócił do niepodległej już Polski i na krótko zdobił dziedziniec Zamku Królewskiego w Warszawie, by ostatecznie w 1923 roku stanąć na placu Saskim (późniejszym placu marszałka Józefa Piłsudskiego) przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Ustawiony na cokole w tym miejscu książę Józef był świadkiem wielu państwowych uroczystości i parad wojskowych. W latach hitlerowskiej okupacji był dla Niemców nie lada kłopotem, ponieważ plac Saski (przemianowany przez Niemców na plac Adolfa Hitlera) także i dla nich stanowił miejsce niejednej uroczystości. Pomnik zasłaniano wtedy ogromnym parawanem z godłem III Rzeszy. W 1941 roku Niemcy zażądali od władz Warszawy, aby pomnik przenieść z placu do jakiegokolwiek parku. Tak się jednak nie stało i rzeźba nadal ustawiona była na placu. Po upadku powstania warszawskiego posąg – podobnie jak większość stolicy – spotkał tragiczny los. 16 grudnia 1944 roku wysadzono go w powietrze, a opadłe na bruk placu szczątki rozjechano gąsienicami pancernego pojazdu. Ocalałe fragmenty oryginalnego pomnika zobaczyć dziś można w Parku Wolności mieszczącym się za budynkiem Muzeum Powstania Warszawskiego.

Nie był to jednak koniec historii słynnej rzeźby. W latach 1948–1952 wykonano w Danii nowy odlew z oryginalnego modelu Thorvaldsena, który władze duńskie oficjalnie podarowały Polsce. Wspaniałomyślny duński dar był z powodów propagandowo-politycznych dość kłopotliwy dla komunistycznych władz. Żeby nie irytować sowieckich „przyjaciół” ustawianiem pomnika w jakimkolwiek centralnym miejscu Warszawy, zdecydowano się ustawić go w Łazienkach Królewskich. I w ten oto sposób, tym razem w formie pomnika, Józef Poniatowski wrócił do jednej ze swoich dawnych rezydencji i pod symboliczną opiekę swojego królewskiego stryja.

Dokonany w obecności autora nowego odlewu (Paula Lauritza Rasmussena) montaż w Ogrodzie Oranżeryjnym Starej Oranżerii ukończono 27 stycznia 1952 roku. 23 lutego ustawiony na dość wysokim cokole i schodkach pomnik odsłonięto dla publiczności. Uroczystości odsłonięcia odbyły się na szczeblu stosunkowo niewysokim. Nie było szefa rządu ani pierwszego sekretarza partii. Obecni byli za to: polski i duński minister oświaty, duński chargé d’affaires i polski ambasador, a ponadto przewodniczący Stołecznej Rady Narodowej, nadburmistrz Kopenhagi oraz dyrektor Muzeum Thorvaldsena. Na nowym pomniku umieszczono płytę z napisem: „Odlew ten ofiarowany został Warszawie przez Kopenhagę, stolicę Danii – ojczyzny Thorvaldsena, twórcy pomnika – w miejsce zniszczonego przez barbarzyńców hitlerowskich oryginału”.

Pomnik stał w owym miejscu przez kilka lat, choć rzucało się w oczy, że jego rozmiary są zbyt duże jak na Ogród Oranżeryjny. Sprawa lokalizacji stała się przedmiotem dyskusji po politycznych zmianach z października 1956 roku. W stołecznej prasie pojawiły się rozważania na temat nowego miejsca ustawienia rzeźby, a już wkrótce, bo od 1962 roku, zaczęto przymierzać drewnianą makietę pomnika do różnych branych pod uwagę lokacji. Ostatecznie powróciła koncepcja ustawienia pomnika tam, gdzie miał się znaleźć pierwotnie w latach 30. XIX wieku, czyli na Krakowskim Przedmieściu, przed budynkiem ówczesnego Urzędu Rady Ministrów. Techniczną stroną operacji przeniesienia pomnika przygotowano starannie. Niełatwymi aspektami technicznymi zajął się słynny Mostostal pod okiem fachowców, którzy już wcześniej przeprowadzili podobne przedsięwzięcie z pomnikiem warszawskiej Nike. 16 października 1965 roku, w 152. rocznicę rozpoczęcia bitwy pod Lipskiem, obłożony bardzo starannie ochronnym rusztowaniem pomnik ulokowano na platformie. Następnego dnia (była to niedziela, a więc ruch uliczny był nieco mniejszy, co starano się wykorzystać) ów okazały obiekt przewieziono z Łazienek Królewskich ulicą Myśliwiecką, Rozbrat, Dobrą oraz Bednarską w kierunku Krakowskiego Przedmieścia. Trudna droga „pod górę” sprawiła, że trzeba było użyć drugiego ciągnika, aby holować tak wielki ciężar. 18 października, w przeddzień rocznicy śmierci księcia Józefa, posąg stanął na nowym cokole, budząc ogromne zainteresowanie mieszkańców Warszawy. Tydzień później odsłonięto go dla publiczności.

Czytaj więcejPowoduje pokazanie lub ukrycie reszty tekstu

Tak oto pomnik Józefa Poniatowskiego wrócił tam, gdzie miał stać od samego początku. A burzliwe losy rzeźby przywodziły na myśl trudne dzieje tej postaci. Dla Polaków książę Józef jest bohaterem – nie zawsze dostatecznie docenianym – i symbolem tego, co niesie poczucie patriotyzmu, honoru i poświęcenia (a jego „ludzkie” słabostki tylko dodają mu walorów). Książę był bohaterem nie tylko dla Polaków. Nie bez powodu przecież rzeźba przedstawiająca Józefa Poniatowskiego stoi na fasadzie paryskiego Luwru. Francuscy oficerowie zanieśli jego legendę nawet na Madagaskar – jednego z tamtejszych wodzów plemiennych chowano po śmierci w 1830 roku z portretem księcia Józefa. Nie zabrakło nawet japońskiej mangi poświęconej temu arystokracie, zatytułowanej Aż do nieba, której autorką jest artystka Riyoko Ikeda.

Nie dziwią zatem słowa: „większy niż król ten książę”.

Sławomir Kosim
Zamek Królewski w Warszawie