Pamiętnik wiewiórki Gabrysi

Najmłodszych zapraszamy do zapoznania się z niezwykłymi opowieściami wiewiórki Gabrysi. Poniżej publikujemy jej pamiętnik, z którego dowiecie się m.in., jak żyje się zwierzętom w łazienkowskich ogrodach.

27 maja

Nasz piękny park to dom wielu zwierząt. Oprócz wiewiórek (mieszka nas w Łazienkach około 200!) można tu spotkać dzięcioły, puszczyki, kaczki krzyżówki i mandarynki. Przylatują do nas także gołębie. Łazienki są przyjaznym miejscem dla kosów, szpaków i sikorek. A pawiom, które tu mieszkają, chociaż trudno w to uwierzyć, ludzie pomagają wychowywać dzieci. Większość z nas żyje w zgodzie z sąsiadami, choć od czasu do czasu trudno uniknąć awantury. Tak jak niedawno…

Nie podejrzewałam, że łyski - te niepozorne czarne ptaki z białą plamą na czole - to straszne awanturnice. Ludzie myślą, że łyski to kaczki, bo są do nich podobne, ale tak naprawdę bliskimi krewnymi łysek są żurawie. Ich nazwa wzięła się od białej plamy na głowie, która nie jest pokryta piórami, a więc jest … łysa. Nie tak dawno razem z Justysią, moją przyjaciółką, kaczką krzyżówką, o której już pisałam w pamiętniku, byłyśmy świadkami dziwnego zachowania łyski, zamieszkującej staw przed Pałacem na Wyspie. Ni stąd, ni zowąd samczyk zerwał się z gniazda, wskoczył do wody i już po chwili biegł po niej w kierunku innej łyski, która widocznie podpłynęła za blisko jego terytorium. Ptaki zaczęły się bić. Uderzały przeciwnika nogami, skrzydłami i dziobami. Samiec, który bronił gniazda, wskakiwał intruzowi na głowę, jakby chciał go utopić! Zaczęłam krzyczeć z brzegu: Hej, chłopaki, dajcie spokój, zrobicie sobie krzywdę! Nagle poczułam, że coś trąca mnie w plecy. Była to Justysia, która zachowywała się, jakby nie działo się nic niezwykłego.

- Daj spokój, zaraz im przejdzie - starała się mnie uspokoić. - My, mieszkańcy stawu, często jesteśmy świadkami kłótni łysek. Czasem przeganiają one ze swojego terytorium również kaczki, a nawet łabędzie. Jak coś je zdenerwuje, to wszyscy wolą schodzić im z drogi.

- To dlaczego zakładacie gniazda tam, gdzie co chwila wybucha awantura? - nie mogłam ukryć zdziwienia.

- Bo sąsiedztwo łysek ma również swoje dobre strony - zakwakała Justysia, spoglądając na pociechy, które szukały w trawie czegoś do jedzenia. - Łyski są bardzo czujne. Samiec i samica wysiadują jaja i wspólnie opiekują się potomstwem. Samiec pilnuje terenu wokół gniazda i w razie konieczności ostrzega o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Kacze samiczki muszą wychować dzieci same, bo kaczorki w ogólne nie przejmują się opieką nad potomstwem. Warto więc skorzystać z czujności sąsiada. A teraz muszę już płynąć, bo moje maluchy trochę się niecierpliwią.

Justysia wskoczyła do wody, a za nią jej młode. Kiedy ponownie spojrzałam na staw, gniazdo łysek wyglądało tak, jakby nic się nie stało - samczyk znów w nim siedział, zaś pokonany przeciwnik spokojnie odpływał w dal.

Po raz kolejny nauczyłam się czegoś nowego, bo - jak mówi babcia Alicja - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nawet kłopotliwy sąsiad od czasu do czasu może się okazać bardzo pomocny. To miłe uczucie wiedzieć coraz więcej i być coraz mądrzejszą wiewiórką. Naprawdę.

19 maja

Nasz park chętnie odwiedzają śliczne ptaki o szaroniebieskich piórach, białym kuprze i czarnych paskach na skrzydłach. W promieniach słońca, kiedy ich szyje połyskują metalicznie fioletem, wyglądają jeszcze piękniej. To oczywiście gołębie. Wcale się nie dziwię, że lubią Łazienki, gdzie bez trudu można znaleźć pozostawione przez ludzi kawałki chleba czy pokruszone ciasteczka. Gołębie szybko zjadają znalezione na ziemi okruszki i śmiesznie przekręcają głowy, zaglądając ludziom w oczy, jakby chciały powiedzieć: "No, szybciej, rzuć jeszcze coś do jedzenia. Na co czekasz?".

Kilka dni temu spotkałam parę stałych bywalców naszego parku - gołębicę Amelię i jej męża, gołębia Alojzego. Z grzeczności zapytałam, co u nich słychać, ale Amelia - zamiast zwyczajowego "wszystko w porządku, czekamy aż wylęgną się pisklęta" albo "jak te dzieci szybko rosną, maluchy lada dzień opuszczą gniazdo" - zagruchała smutno.

- Wiesz, że ludzie uważają nas, gołębie, za głupie? - przechyliła łebek i spojrzała na mnie, jakby sprawdzała, co powiem.

- Słyszałam, jak jeden człowiek mówił do drugiego, że "gołębie to nie są najmądrzejsze ptaki" - dodała smutno.

- Amelio, daj wreszcie spokój - zagruchał nerwowo Alojzy. - Nie warto za bardzo przejmować się tym, co myślą o nas ludzie. Zresztą niektórzy z nich bardzo nas lubią.

Amelia jednak żaliła się dalej. - No bo sami powiedzcie, jak można nazwać głupim ptaka, który potrafi wychować młode nawet w zimie, kiedy wiele innych gatunków odlatuje do ciepłych krajów, gdzie łatwiej o pożywienie? Albo takiego, który potrafi odnaleźć drogę do domu, nawet jeśli znajdzie się kilka tysięcy kilometrów od niego?

Amelia pewnie jeszcze długo starałaby się udowadniać, że gołębie to niezwykle mądre ptaki, chociaż ani ja, ani Alojzy w to nie wątpimy, gdyby nie idąca alejką kobieta, która kucnęła obok swojego dziecka i, wskazując na Amelię i Alojzego, powiedziała:

- Popatrz, Bartusiu, jakie śliczne gołąbki. Może dasz im trochę ziarenek? Na pewno nie jadły jeszcze drugiego śniadania.

Na słowa "śliczne gołąbki" Amelia odwróciła łebek, spojrzała na matkę i jej synka, który w wyciągniętej rączce trzymał ptasie przysmaki, i popędziła w ich stronę, zapominając zupełnie o swych smutkach. Alojzy pogruchał chwilę z zadowoleniem, patrząc jak samiczka ze smakiem zjada rzucane jej przez chłopca ziarna słonecznika, po czym oznajmił, że już będzie musiał lecieć, bo - podobnie jak jego żona - nie jadł jeszcze dzisiaj drugiego śniadania, i pobiegł za Amelią. 

Jeśli chodzi o gołębie, to może nie są one tak sprytne jak wrony czy kawki, ale świetnie radzą sobie w zbudowanych przez człowieka miastach, w których zdecydowały się zamieszkać. Nauczyły się znajdować tu pożywienie i miejsca do budowy gniazd. Prawdą jest również to, co mówiła Amelia - gołębie potrafią wrócić do domu z bardzo daleka. Ludzie tę ich umiejętność wykorzystywali dawno temu do przesyłania wiadomości, które przenosiły specjalnie szkolone gołębie pocztowe.

11 maja

Jeszcze do niedawna moja mama twierdziła, że narodziny wiewiórek to nic nadzwyczajnego. W końcu, jak mówiła, samiczki wydają na świat młode nawet trzy razy w roku, więc od wczesnej wiosny do późnego lata naszym ciotkom, kuzynkom i siostrom rodzą się kolejne dzieci. Zmieniła zdanie, kiedy wiewiórczęta - dwie samiczki i dwa samczyki - urodziła moja starsza siostra, Helenka. Z dnia na dzień mama z rozsądnej, doświadczonej wiewiórki zamieniła się w zakochaną we wnukach babcię.  

Tuż po przyjściu na świat wiewióreczki były ślepe, nagie i, co tu kryć, brzydkie. Teraz, co prawda, ciągle jeszcze nie przejrzały na oczka, ale już rośnie im futerko i zaczynają przypominać puszyste rudzielce, którymi się wkrótce staną. Są naprawdę słodkie, chociaż głównie śpią i jedzą. Helenka karmi je mlekiem i minie jeszcze pewnie sporo czasu, zanim same zaczną zdobywać pokarm. Moim zdaniem Helenka trochę przesadza z tą swoją troską o dzieci. Ciągle wypytuje mamę, czy małym nie jest przypadkiem zimno, czy nie jedzą zbyt mało lub nie rosną zbyt wolno. Mama uśmiecha się i mówi, że Helenka zachowuje się zupełnie tak jak ona, kiedy urodziły się jej pierwsze dzieci.

Tego, co wydarzyło się kilka dni temu, moja mama na pewno nie zapomni do końca życia. Kiedy pobiegła zobaczyć, co słychać u Helenki, zastała puste gniazdo. Trudno się dziwić, że z przerażenia omal nie spadła z gałęzi. Przecież wszyscy mieszkańcy parku wiedzą, że zapuszczają się tu kuny, których boją się nawet dorosłe wiewiórki. Kiedy więc zjawiłam się u siostry, na gałęzi obok pustego gniazda siedziała moja mama i trzęsła się ze strachu o los córki i wnuków. Była przekonana, że stało się coś strasznego. Na początku też bardzo się przestraszyłam, ale szybko przypomniałam sobie, że Helenka jeszcze przed narodzinami maluchów przygotowała drugie gniazdo, do którego w razie niebezpieczeństwa mogłaby przenieść swoje młode. Wspomniałam o tym mamie, która tuż po ukończeniu budowy sama sprawdzała, czy wnuki będą tu bezpieczne. Nie zdążyłam dokończyć zdania, gdy mama stanęła słupka, rozejrzała się dookoła, jakby przypominając sobie, którędy będzie najbliżej do nowego lokum córki, i co sił w łapkach pobiegła przed siebie. Już po chwili obie skakałyśmy z gałęzi na gałąź, żeby jak najszybciej znaleźć się w nowym domu Helenki i jej dzieci. Mama gnała tak szybko, że z trudem mogłam za nią nadążyć, chociaż jestem od niej dużo młodsza.

Jak się okazało, w gnieździe zbudowanym z trawy i łyka spokojnie spała Helenka i przytulona do niej czwórka maluchów. Ten wzruszający obrazek uspokoił mamę, która po cichu, tak żeby nie obudzić ani córki, ani wnuków, opuściła ich kryjówkę. Nie powiem, mnie także kamień spadł z serca. No i okazało się, że narodziny kolejnego pokolenia to jednak ważne wydarzenie w życiu rodziny i że wcale nie tak łatwo być babcią, nawet jeśli się jest, jak moja mama, dojrzałą wiewiórką, która wszystko wie najlepiej.

5 maja

Od rana zanosiło się na deszcz. Mimo to postanowiłam poszukać czegoś smacznego do jedzenia, wierząc, że zdążę wrócić, zanim się rozpada. Oczywiście nie zdążyłam. Gdyby zobaczyła mnie wtedy babcia Alicja, na pewno załamałaby łapki i powiedziała, że wyglądam jak zmokła kura. Nie mam pojęcia, jak wygląda zmokła kura, ale muszę wierzyć babci, która jest bardzo mądrą wiewiórką i niejedno już w życiu widziała. Nawet ogonek, który w czasie deszczu służy mi za parasol, bardziej przypominał dziś łysy ogon szczura niż puszystą kitkę wiewiórki.

Skacząc z drzewa na drzewo, starałam się jak najszybciej dotrzeć do mojej dziupli, żeby wysuszyć futerko. Nagle pod grubą gałęzią pięknego dębu zauważyłam, zmokniętego jak ja, niepozornego ptaszka o czarnych, połyskujących zielenią i fioletem piórkach i żółtym dziobku. Tym ptaszkiem okazał się być mój dobry znajomy, szpak Antoni. Deszcz bardzo go ucieszył, bo jak wiadomo po deszczu najłatwiej o przysmaki szpaków - dżdżownice i pędraki.

Antoni wrócił do naszego parku wczesną wiosną z południa Europy, gdzie podobno jest znacznie cieplej i gdzie - jak sam mówi - łatwiej zimą o wartościowy pokarm. Od tej pory śpiewem ostrzegał inne ptaki, które chciałyby zamieszkać zbyt blisko niego: "To moje miejsce, buduj gniazdo gdzie indziej". Trochę później z dalekiej podróży wróciła pani szpakowa, która od kilku lat razem z Antonim, w dziupli opuszczonej przez dzięcioły, wychowuje kolejne pisklęta. Wiosną szpaki wyrzucają z gniazda zeszłoroczną wyściółkę i przynoszą świeże liście, kwiaty, kawałki kory, porosty i pióra. Bardzo cieszą się, jeśli uda im się znaleźć krwawnik i uprawianą przez ludzi lawendę, które chronią ich pisklęta przed pchłami i roztoczami. Szpaki to naprawdę bardzo sprytne ptaki!

Antoni jest niezwykle zabawny. Kiedyś pokazywał mi, jak potrafi naśladować głosy dzięcioła i wilgi. Gdybym nie widziała, że śpiewa Antoni, dałabym głowę, że to naprawdę wilga i dzięcioł. Szpak potrafi też naśladować dźwięki ludzkiego świata, np. kosiarki do trawy. Co ciekawe, także żona Antoniego nieźle śpiewa, choć jej repertuar nie jest tak bogaty jak samczyka.

Chociaż bardzo lubię plotkować z Antonim, rzadko udaje mi się namówić go nawet na krótką pogawędkę bo, jak każdy szpak, zawsze jest bardzo zajęty. A to trzeba znaleźć budulec na gniazdo, a to chwilę posiedzieć na jajkach, żeby żona mogła się posilić, a to przynieść jedzenie wiecznie głodnym pisklętom. Ale tym razem szpak musiał przeczekać deszcz, więc postanowiłam wykorzystać sytuację i zagaić rozmowę. Po krótkiej wymianie informacji na temat pogody, Antoni zamyślił się i zamilkł. Ponieważ wyglądał na zasmuconego, postanowiłam dowiedzieć się, co się stało. Zastanawiałam się, co powiedzieć, żeby go nie urazić  lub nie wydać mu się wścibską wiewiórką. Na szczęście Antoni sam zaczął opowiadać o tym, co przydarzyło się jemu i jego żonie. Otóż kilka dni temu jego samiczka zniosła ostatnie jajko. W tym roku para szpaków doczekała się czterech jajek i zaczęła oczekiwać wyklucia się czterech piskląt. Niestety wczoraj, po powrocie z obiadu, ptaki znalazły w swojej dziupli pięć jajek! Już kolejny raz złożyła jajo w ich gnieździe obca samiczka szpaka.

- Może zrobiła to ta sama spryciara, co w zeszłym roku? - zastanawiał się Antoni. - Jak można tak po prostu podrzucić jajko do gniazda innego szpaka? - nie posiadał się z oburzenia ptaszek. - Przecież wszystkie ptaki wiedzą, że pisklę wymaga troskliwej opieki. Trzeba ogrzewać jajko, potem karmić pisklę i nauczyć je szukać pożywienia. To bardzo ciężka i odpowiedzialna praca!

Wyrzuciwszy z siebie całą złość, Antoni zamilkł. Strząsnął z piórek krople wody i napuszył je, żeby było mu trochę cieplej. Zastanawiałam się, co mogłabym poradzić mojemu przyjacielowi i jak mu pomóc, kiedy nagle, po chwili milczenia, szpak znów się odezwał.

- Trudno, wychowamy z żoną i to piąte pisklę - westchnął. - Oby tylko nie zabrakło dżdżownic, komarów i pędraków. Dwa lata temu doczekaliśmy się sześciu jajek i udało nam się odchować wszystkie pisklęta. Bądźmy dobrej myśli. Może tym razem też się uda - powiedział szpak już znacznie weselszym głosem, po czym podskoczył kilka razy na gałęzi, rozejrzał się dookoła i rzucił na pożegnanie: - A teraz już muszę lecieć wiewióreczko, bo przestało padać, a ja - jak sama widzisz - mam więcej pracy, niż się spodziewałem.

I to był koniec mojego spotkania ze szpakiem Antonim. Nie zdążyłam go zapytać ani o ciepłe kraje, ani o to, jak powodzi się jego dzieciom, które wykluły się z jajek w zeszłym roku. Cóż, może następnym razem się uda? Ja też postanowiłam wrócić do domu, by wreszcie wysuszyć futerko i zjeść kilka orzechów, które zostały mi jeszcze z zimowych zapasów.​

30 kwietnia

Jestem młodą wiewiórką i o wielu sprawach nie mam jeszcze pojęcia, ale byłam pewna, że wszystkie młode zwierzęta jeszcze długo po urodzeniu (lub wykluciu z jaja jak ptaki) są nagie i bezbronne, a czasem także ślepe. Okazuje się jednak, że wcale nie wszystkie!

Dzisiaj wczesnym rankiem wyszłam z mojej dziupli, żeby trochę pobiegać i sprawdzić, co słychać w naszym pięknym, pachnącym wiosną parku. Poskakałam po gałęziach, zajrzałam do karmników dla ptaków w nadziei, że ktoś dosypał tam pysznego słonecznika, ale były one puste, więc spałaszowałam kilka soczystych pędów. I wtedy właśnie zobaczyłam kaczkę krzyżówkę Justysię, starą znajomą mojej mamy.

Justysia podpłynęła do gniazda, w którym  jeszcze wczoraj wieczorem, co widziałam na własne oczy, tkwiło dziesięć jasnych jajek. Rano po jajkach nie było śladu, a w gnieździe popiskiwało dziesięć brązowo-żółtych, puszystych kuleczek. Były to oczywiście dzieci Justysi. Widać było, że kacza mama bardzo się cieszy z tego, że pisklęta już się wykluły. Weszła do gniazda, pokwakała trochę nad nimi, sprawdziła, czy żadnego nie brakuje, po czy zsunęła się do wody i zaczęła je nawoływać. Bardzo się wystraszyłam i chciałam pędzić na ratunek, chociaż wiewiórki nie są mistrzami w pływaniu. Pomyślałam, że Justysia po prostu oszalała! Ku mojemu zdziwieniu kaczuszki po kolei zaczęły wskakiwać do stawu, jakby nic innego w życiu nie robiły. Po chwili, cicho popiskując, płynęły za swoją mamą. Chciałam zapytać Justysię, jak to możliwe, że takie maluchy potrafią już pływać, ale ze zdziwienia zapomniałam języka w gębie, to znaczy w pyszczku, oczywiście, i jeszcze długo po tym, jak krzyżówka z pisklętami zniknęły mi z oczu stałam jak zaczarowana, nie mogąc wykrztusić słowa.

Historię dzieci krzyżówki Justysi opowiedziałam mamie, którą spotkałam pod dębem, wracając do domu. Mama bardzo się ucieszyła, że pisklęta już się wykluły. Zaraz potem dostałam burę, że mimo jej wysiłków włożonych w moją edukację, nadal nic nie wiem o życiu. No i zaczęło się. Musiałam wysłuchać, że wiele zwierząt rodzi się lub wykluwa jako bezbronne i zdane na rodziców. Są to na przykład wiewiórki, chomiki, myszy, ptaki drapieżne i lisy. Niektóre jednak wkrótce po narodzinach lub wykluciu z jaja ruszają za  mamą, która pokazuje im, gdzie można znaleźć pożywienie (m.in. młode krzyżówki lub sarny). Jak widać wiewiórka, uczy się całe życie.

28 kwietnia

Wczoraj wieczorem, kiedy wracałam do mojej przytulnej dziupli, spotkałam bardzo dziwne zwierzę. Można go opisać jako brzydką mysz ze skrzydłami bez piór (jak w ogóle można fruwać na skrzydłach pozbawionych piór?).

Ale od początku. Całe popołudnie z kuzynem Ambrożym skakaliśmy z gałęzi na gałąź i goniliśmy się wokół pni drzew. Bawiliśmy się tak dobrze, że nie zauważyliśmy, iż nadchodzi noc. A przecież nocą wiewiórka powinna spać w bezpiecznej kryjówce, pod kołderką z puszystego ogonka, bo w ciemnościach może nie zauważyć niebezpieczeństwa, na przykład kuny lub bezszelestnego nocnego łowcy - puszczyka.

Biegłam zatem do domu, gdy nagle dostrzegłam dziuplę, której wnętrze oświetlił promień zachodzącego słońca. W środku znajdowało się jakieś dziwne zwierzę, które zwisało głową w dół, przyczepione pazurkami tylnych łapek. Musiałam krzyknąć ze strachu, bo stworzenie się obudziło i ziewnęło, otwierając pyszczek pełen ostrych jak szpilki zębów. Gdy rozprostowało skrzydła, wysunęły się spod nich wielkie uszy. Już miałam uciekać, kiedy stwór się odezwał:

- Wiewióreczko, dlaczego budzisz nietoperza?
- Ty mnie znasz? - zapytałam bardzo zdziwiona.
- Ciebie nie, ale kilka wiewiórek w swoim długim życiu już spotkałem - odparł nietoperz, ciągle poziewując.

Postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej o nietoperzach. Oczywiście rozsądniej byłoby uciec, gdzie pieprz rośnie, a o to dziwne zwierzę zapytać mamę, ale wiem, że skończyłoby się to jej użalaniem się nad moją niewiedzą.

Nietoperz, który przedstawił się jako gacek wielkouch Anatol, okazał się bardzo sympatycznym, choć pozbawionym urody stworzeniem (czego mu oczywiście nie powiedziałam). Bo czy można nazwać ładnym zwierzę, które nie jest ptakiem, ale ma skrzydła, do tego pozbawione piór, włochaty tułów i brzydki pyszczek pełen ostrych zębów? Na początku nietoperz uspokoił mnie, że nie jada wiewiórek, a jego ulubionym pożywieniem są tłuste ćmy i chrabąszcze. Powiedział mi też, że spanie głową w dół jest bardzo wygodne i nie rozumie, dlaczego wszystkie zwierzęta nie śpią w takiej właśnie pozycji.

Teraz już wiem, dlaczego nigdy wcześniej nie spotkałam żadnego nietoperza. To zwierzęta nocne i polują po zmroku, kiedy ptaki drapieżne, takie jak sokoły, krogulce czy jastrzębie, smacznie już śpią. Myślałam, że nietoperze świetnie widzą nocą, tak jak sowy, ale Anatol powiedział, że potrafi latać w ciemności dzięki doskonałemu słuchowi. Nietoperze wydają dźwięki, a następnie nasłuchują powracającego echa. Tak odnajdują ściany budynków lub drzewa, z którymi mogłyby się zderzyć. W ten sposób również znajdują w ciemności pożywienie. Anatol powiedział mi też, że oprócz gacków natrafić można na wiele innych gatunków nietoperzy, np. nocki, a nawet mopki.

Spotkanie z nietoperzem okazało się bardzo pouczające. Dowiedziałam się, że nietoperze, jeże, ryjówki, ćmy, borsuki, popielice czy chomiki wolą noc, która jest dla nich bezpieczniejsza niż dzień. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś spotkam Anatola i będę mogła posłuchać jego opowieści o tajemniczym świecie nocy oraz jego mieszkańcach, których prawdopodobnie nigdy nie zobaczę.

24 kwietnia

Dzisiaj muszę napisać o oburzającym zachowaniu wron. Jak już wspomniałam, kiedy tylko nadarzy się okazja, ptaszyska te kradną wiewiórkom orzeszki. Moim zdaniem, ich przestępczy proceder warto opisać dokładniej.

Z niechęcią przyznaję, bo trudno chwalić kogoś, kogo się nie lubi, że wrony są bardzo sprytne. Tylko czekają, aż ludzie zaczną nas karmić orzeszkami. Tym bardziej zuchwałym wronom udaje się chwycić orzeszek szybciej niż nam, i to jest kradzież. Ludzie przynoszą bowiem orzeszki specjalnie dla nas, ślicznych, puszystych wiewiórek, a nie szaro-czarnym, skrzeczącym ptaszyskom. Wrony znalazły jeszcze jeden - zdecydowanie bardziej podstępny - sposób wykradania wiewiórkom pożywienia. Obserwują, gdzie zakopujemy nasze zapasy, i kiedy tylko znikniemy im z oczu, wygrzebują pożywienie z ziemi. Wrony nie mają -  jak my - ostrych zębów, ale i tak potrafią dostać się do słodkiego wnętrza orzecha. Trzymając w dziobie nasz przysmak, podlatują do góry i zrzucają go z wysokości na ziemię. Orzech rozpada się na pół, a wrona może go z apetytem zjeść.

Jak mówi siostra mojej mamy, ciocia Janeczka, nie ma co żałować wronom tych kilku naszych przysmaków. W końcu my, wiewiórki, zawsze możemy liczyć na ludzi, którzy przez cały rok chętnie nas karmią, a wrony muszą szukać jedzenia same, i to często w śmietnikach. Tak, zdecydowanie mamy szczęście, że wyglądamy na urocze, bezbronne zwierzątka, którym trzeba pomagać.

Jeśli zaś chodzi o ciocię Janeczkę, to ma ona powód, żeby darzyć wrony mniejszą niechęcią niż my. Otóż moja sprytna ciotka, "wielbicielka" wron, urządziła sobie przytulne mieszkanko w opuszczonym wronim gnieździe.

20 kwietnia

To znowu ja - wiewiórka Gabrysia. Dzisiaj chciałam napisać trochę o tym, gdzie i jak mieszkają wiewiórki, oraz o tym, że wcale nie jest nam łatwo zapewnić sobie ciepłe i bezpieczne schronienie. A teraz do rzeczy…

My, wiewiórki, chętnie opuszczamy nasze kryjówki rankiem, kiedy w parku jest spokojniej. Chociaż przekonałyśmy się, że warto sprawdzić, co słychać tu również po południu, bo wtedy właśnie przychodzi najwięcej osób przynoszących orzeszki. Są też dni, kiedy z zupełnie nieznanych nam powodów, park pęka w szwach, tak dużo jest tu ludzi i ich młodych. Niestety wtedy zazwyczaj jest również głośno i większość z nas woli przeczekać ten czas w jakimś zacisznym miejscu. Czasem bywa, że ktoś nas woła, a kiedy podbiegamy, okazuje się, że nie ma dla nas orzeszka! Po co nas zatem wołano? Jakby powiedziała babcia Alicja: "Czego to ludzie nie wymyślą?!".

Najbardziej zapracowane jesteśmy jesienią, kiedy musimy zgromadzić zapasy na długą zimę. Wiosna dla wiewiórczych samiczek też nie jest czasem odpoczynku, bo właśnie wtedy rodzą się młode, którymi trzeba się zaopiekować. Zimą rzadziej wychodzimy z naszych przytulnych mieszkanek. Szczególnie trudno nas spotkać w mroźne dni.

Chętnie wprowadzamy się do dziupli opuszczonych przez dzięcioły. Miłe mieszkanko potrafimy sobie także urządzić w nieużywanym ptasim gnieździe. Gniazdo wymaga jednak więcej przygotowań, żeby mogło stać się naszym domem. Bo co to za dom, który nie ma dachu? Dach zatem musimy samodzielnie dobudować z gałązek i trawy. Żeby było wygodnie i miękko, mieszkanko mościmy mchem, suchymi liśćmi i trawą. Jeśli nie uda się znaleźć pustej dziupli lub opuszczonego gniazda, budujemy sobie domy w rozwidleniu gałęzi drzew. Czasem wprowadzamy się do budek, które przygotowali dla nas ludzie. Różnią się one od ptasich, bo wejście znajduje się od strony pnia drzewa, co ułatwia wchodzenie nam, wiewiórkom, a utrudnia większym od nas drapieżnikom.

Na szczęście mnie udało się wypatrzyć dziuplę, którą miała wkrótce opuścić para dzięciołów. Co tu gadać, po prostu pilnowałam, kiedy odchowają młode i wreszcie się wyprowadzą i hyc! wskoczyłam do środka, jak tylko ostatni młody dzięcioł wyleciał z gniazda. Mam więc przytulny dom, w którym bezpiecznie spędziłam zimę, od czasu do czasu wychodząc z niego na posiłek i żeby trochę powspinać się po drzewach. Nawet zimą trzeba rozprostować łapki i zażyć ruchu, najlepiej w towarzystwie, ponieważ gonitwy po drzewach we dwójkę są zdecydowanie przyjemniejsze niż w te w pojedynkę.

16 kwietnia

Postanowiłam zacząć prowadzić pamiętnik. Po co? Jak mówi moja mama, żeby uporządkować myśli. A także dlatego, że chcę opowiedzieć, co się dzieje w naszym parku, który ludzie nazywają Łazienkami Królewskimi. Mam na imię Gabrysia i jestem wiewiórką. Mieszkam w jednym z pięknych, starych drzew, które dawno, dawno temu posadzili tu ludzie.

Coraz wyraźniej widać, że mamy już wiosnę. Słońce mocniej grzeje, z ziemi wyrastają kolejne kwiaty, na drzewach pojawiają się pąki i młode listki. Jest coraz cieplej i coraz piękniej. Jedyne, co nas mieszkańców parku dziwi, to jakiś niezwykły o tej porze spokój. Babcia Alicja mówi, że jak żyje, nie pamięta, żeby wiosną było tu tak cicho. Prawie nie ma ludzi. Od czasu do czasu pojawi się strażnik i czujnym okiem obejrzy, czy nie dzieje się coś złego. I to wszystko. Czyżby ludzie ze swoimi młodymi, które nazywają dziećmi, przestali lubić tu przychodzić? Teraz nikt za nami nie biega, krzycząc z nieznanego bliżej powodu "Basia!!!, Baaasia!!!" (Czy ludzie myślą, że wszystkie wiewiórki mają tak samo na imię? Niby dlaczego? Przecież nie miałoby to żadnego sensu!).

Niestety wraz z ludźmi zniknęły dostawy orzeszków, na które mogłyśmy liczyć o każdej porze roku. Na szczęście my, wiewiórki, jesteśmy zapobiegliwe i jesienią bardzo ciężko pracowałyśmy, robiąc zapasy, które mogłyśmy potem całą zimę podjadać. Ich przygotowanie to ciężka praca. Każda z nas musi zgromadzić kilka tysięcy orzechów lub żołędzi. To bardzo dużo. A do tego trzeba uważać na złodziejki wrony, które potrafią obserwować, gdzie chowamy zapasy na zimę, żeby nam je potem wykradać! To po prostu oburzające! I tu właśnie ludzie okazują się bardzo przydatni. Wydaje się nawet, że sprawia im radość, kiedy bierzemy orzechy, które dla nas przynieśli.

Tak w ogóle to ludzie są trochę dziwni. Czasem opowiadamy sobie o ich, niezrozumiałych dla nas, wiewiórek, zachowaniach. Plotki o ludziach bardzo lubi babcia Alicja, która czasami z samego rana wbiega do dziupli, w której mieszka moja mama, i zaczyna swoją relację z poprzedniego dnia od słów: "Czego to ludzie nie wymyślą?!"


Jeśli chcielibyście się czegoś dowiedzieć o wiewiórce Gabrysi, dajcie nam znać. Może odpowiedzi na swoje pytania poznacie na kolejnych stronach jej pamiętnika? Piszcie na nasz adres mailowy: RezerwacjeMLiJ@lazienki-krolewskie.pl