Wodozbiór rozumowany, czyli woda i jej mieszkańcy na podziw ludzki wystawieni

Na rydwanie z ogromnej muszli stoi Neptun w purpurowym płaszczu, z trójzębem w lewej ręce. Prawą dzierży lejce, powożąc zaprzęgiem rozhukanych koni - hippokampów, które zamiast kopyt mają płetwy. Tryton dmie w róg, a nadzy poddani boga mórz najwyraźniej wiodą żywot beztroski. Jedna z nereid unosi klejnot - gałązkę czerwonego korala. Dwie inne bawią się z delfinem, jakaś para płynie wierzchem na rybie, a siwobrody starzec karmi morskiego potworka o zębatym pyszczku. Wszystko otaczają spienione fale - jakby za chwilę miały się wylać patrzącemu na głowę.

Jesteśmy w Sali Balowej Zamku Królewskiego w Warszawie i oglądamy fragment plafonu Marcella Bacciarellego "Rozdzielenie czterech żywiołów". Oryginalny plafon powstał około 1780 r., malowidło obecne to rekonstrukcja, wykonana podczas odbudowy Zamku. Punkt wyjścia jest w pełni uzasadniony - dobrze jest zacząć opowieści o wodnym żywiole i wodnym świecie od władcy mórz i oceanów, greckiego boga Posejdona (imię żony - Amfitryta), czyli rzymskiego Neptuna (imię żony - Salacja). Syn Kronosa i Rei, brat Zeusa, jeden z dwunastu bogów Olimpu, pałac miał jednak na morskim dnie.

Żywioł wody

Jak to Bacciarelli w tytule malowidła przypomniał, woda to od pradawnych czasów jeden z czterech żywiołów (obok ziemi, powietrza i tak przeciwnego jej ognia), z czego wynikają rozmaite konsekwencje. Takie na przykład, że woda jest współodpowiedzialna za jeden z czterech podstawowych ludzkich humorów, czyli charakterów - jako synteza zimna i wilgoci (dwóch z czterech własności materii). Jej odpowiednikiem wśród czterech ludzkich "wilgotności", czyli płynów ustrojowych według teorii Hipokratesa rozwiniętej przez Galena, jest flegma, rodząca charakter flegmatyczny. Pozostałe to "humory": choleryczny (żółć), sangwiniczny, czyli krewki (krew) i melancholiczny (czarna żółć). Terminy te są potocznie zrozumiałe do dziś.

Woda to życie, ale i śmierć, tak miła w spokojnej kąpieli bywa śmiertelnie niebezpieczna. Woda uzdrawia i zabija. "Woda żywa", mogąca nawet wskrzeszać umarłych, obecna jest w wielu magicznych opowieściach, z legendą o świętym Graalu włącznie. Skoro zaś woda jest magiczna, można z niej wróżyć, przepowiadać przyszłość: "Huku! huku! pokaż się! W kole dębowym, w pianie białej, w tumanie jasnym, zły ty czy dobry, pokaż się!" - zaklina wodę, poruszającą młyńskie koło, wiedźma Horpyna w Sienkiewiczowskim Ogniem i mieczem.

Woda gasi ogień, swego największego, pozbawionego zresztą szans przeciwnika (bo ogień wody nie spali). Dlatego w dawnej Rzeczypospolitej przy zawarciu pobratymstwa z przeciwnikiem (na przykład Tatarem) lano wodę na szable, by ostudzić ich gorącość. "Z jednymi murzami wodę na szable lał i pobratymstwo zawarł. Innych bijał" - powiada Sienkiewicz o panu Wołodyjowskim.

Woda, ze swej natury przeźroczysta, od niepamiętnych czasów obecna jest w kulturze wizualnej, w tych zatem jej obszarach, które przeznaczone są dla ludzkich oczu: w sztukach plastycznych, w architektonicznych przestrzeniach miast i ogrodów - bo przecież przestrzeń architektoniczna sama w sobie jest widowiskiem, na podziw ludzki wystawionym - oraz w różnorodnych widowiskach sensu stricto z wykorzystaniem wody jak najbardziej żywej, ale także kompletnie suchych. Temat jest niewyczerpany jak ocean, tu wskazać możemy, czy raczej dotknąć jego niektórych tylko przejawów czy aspektów.

Zobaczyć wodę

Ale jak zobaczyć wodę? Można ją oczywiście namalować na murze czy na płótnie, ale co to za żywioł - trochę rozmazanej niebieskawej czy zielonkawej farby. Można wodę zabarwić - najlepiej krwią. Opowieści o rzekach spływających krwią zabitych to nieodłączny składnik wojennych relacji, a wody Nilu przemienione w krew to pierwsza z biblijnych plag egipskich. W filmowym Ogniem i mieczem Jerzego Hoffmana po śmierci Horpyny jej krwią barwi się woda spadająca z młyńskiego koła.

Najlepiej jednak wodę w taki czy inny sposób spersonifikować. Niekoniecznie poprzez alegorię, choć Cesare Ripa w Ikonologii (1593) i tego próbował, z takim sobie skutkiem:

"Kobieta z rybą na głowie, bardzo dużą; w rękach trzyma okręt pozbawiony żagla, lecz z masztem, rejami i olinowaniem. Na jej szacie mają być wyrysowane fale morskie".

Żeby przedstawić potęgę żywiołu, lepiej było wykreować i przedstawić potężnego władcę wody albo jej tyleż niezwykłych co strasznych mieszkańców - oczywiście tych ukrytych w głębinach, nie wpadających w rybackie sieci, lecz rozrywających je na strzępy wraz ze statkami i załogą. Na lądzie i w powietrzu też potworów nie brakowało, ale niedostępne morskie głębiny zasiedlono nimi szczególnie obficie. Wyobrażenie takiego władcy lub potwora, jednoznacznie kojarzącego się z wodnym żywiołem, można było potem umieścić na miejskim placu czy w ogrodowym zaciszu, na zewnątrz lub wewnątrz budowli - do bezpiecznego, a ekscytującego oglądania. Widowiskowość wszechogarniająca to konstytutywna cecha zwłaszcza epoki baroku - ale i wcześniej, i później ludzie lubili zobaczyć nieosiągalne.

I tu wrócić trzeba do Posejdona, czy raczej Neptuna, jego to bowiem postać z nieodłącznym trójzębem w dłoni zdominowała wodną stronę naszej wyobraźni. Nie z Olimpem jednak kojarzymy go zwykle, lecz z miejskimi czy ogrodowymi fontannami, czy jak kto woli studniami. Od XVII wieku poczynając nastawiano ich bowiem mnóstwo, często o kilkaset kilometrów od najbliższego morza. Woda jest wszak dobrem ogólnym, a ze studni pod opieką władcy tego żywiołu czerpać ją było szczególnie przyjemnie.

Najbardziej znana wśród polskich fontann ozdobionych posągiem Neptuna, uruchomiona w 1633 r., stoi w Gdańsku na Długim Targu, przed dworem Artusa, czyli w miejscu stosownym – w centrum morskiej metropolii Rzeczypospolitej. Dynamiczną rzeźbę z trójzębem groźnie wzniesionym przeciw patrzącemu zaprojektował Gerdt Benningk. Blisko dwieście lat później, około 1810 r. Neptun stanął pośrodku jednej z czterech studni na rynku we Lwowie („Cztery studni w rynku byli, tom dla hecy szedł z nich pić” – mówi lwowska piosenka). Klasycystycznie statyczny, wykuty w wapieniu najpewniej przez miejscowego twórcę Hartmana Witwera, wyraża nie tyle morskie tęsknoty, co mitologiczną erudycję. Na sąsiedniej studni towarzyszy mu wprawdzie Amfitryta (przedstawiana w sztuce zdecydowanie rzadziej), ale pozostałe posągi, Diana i Adonis, z wodnym żywiołem już nic wspólnego nie mają.

Najwięcej wizerunków Neptuna znajduje się u nas - o czym nie każdy chyba wie - na Śląsku, choć kraina ta od morza leży dosyć daleko. Szczególnie okazały wieńczy rynkową fontannę z 1732 r. w Świdnicy. Barokowy posąg wykonał świdnicki rzeźbiarz Georg Leonhard Weber. Bóg stoi na rydwanie zaprzężonym w dwa hippokampy, towarzyszy mu tryton. Niemieccy wówczas mieszkańcy nazywali go familiarnie Gabeljürge (Jurek z widłami). Ponieważ trójząb nie był przymocowany na stałe, zdarzało się w przeszłości, że ginął, zabierany przez popisujących się kawalerską fantazją żołnierzy tutejszego garnizonu.

O rok wcześniejsza fontanna w Legnicy ulokowana została w pobliżu ratusza. Neptun obdarzony wyjątkowo bujną brodą, wspiera się na trzech delfinach. Nietypowy trójząb przypomina raczej oścień na ryby i leci z niego woda. Delfiny towarzyszą władcy mórz również przed ratuszem w Jeleniej Górze. Posąg został wykonany w pierwszej połowie XVIII w. dla jednej z podmiejskich rezydencji, a na rynek trafił sto lat później. Kolejnego Neptuna, tym razem siedzącego okrakiem na delfinie, odnajdziemy na rynku w Gliwicach. Stoi tam od 1794 r. i jest dziełem Johannesa Nitschego z Opawy. Piąta fontanna to nowoczesna aranżacja z 2006 r. w centrum śląskiego Bielska (połączonego później z małopolską Białą), wykorzystująca kopię osiemnastowiecznej rzeźby Neptuna.      

Fontanny nie były oczywiście zarezerwowane wyłącznie dla Neptuna, inne morskie istoty także mogły wystąpić w roli głównej. Trytona grającego na spiralnie skręconej muszli pokazuje fontanna w Nysie, ustawiona w 1701 r. Inspiracją dla jej nieznanego dziś autora była rzymska Fontana del Tritone Giovanniego Lorenza Berniniego. W Legnicy "do pary" z Neptunem stoi fontanna z syreną z 1728 r. Panna wodna o rybim, rozdwojonym ogonie dmie w kielichowaty róg, przejmując zwyczajową czynność trytonów.

Wodne potwory

Syrena, oczywiście w wersji wodnej, to w Warszawie postać raczej istotna (choć nasza syrena rybi ogon dostała dość późno), w królestwie wyobraźni również. Syreny, panny wodne, nimfy, rusałki, meluzyny, ondyny miały zaludniać (czy może zarybiać?) morza i rzeki, piękne i niebezpieczne. Od antyku poprzez średniowieczne bestiariusze po relacje z podróży w XVI i XVII w. były postrachem żeglarzy. Ich mało drapieżną już, ckliwą wersję dziewiętnastowieczną zawdzięczamy zwłaszcza szwajcarskiemu malarzowi z XIX w. Arnoldowi Böcklinowi jako autorowi Zabawy syren z 1886 r., ale też wcześniejszego obrazu Igrając w falach (1883).

Antyczna tradycja kreowania morskich potworów miała się dobrze i w kolejnych epokach - a w kulturze masowej, zwłaszcza widowiskowej, ma się znakomicie do dziś. Obok pradawnej hydry w bezmiarze wód kryje się niejeden wąż morski (węże, które zadusiły Laokoona, nasłał przecież z poduszczenia Apollina Posejdon), a także gigantyczny głowonóg, czyli kraken, spopularyzowany w 20 000 mil podmorskiej żeglugi Julesa Verne’a (1869-1870) i oczywiście, podobnie jak syreny, w filmowej serii Piraci z Karaibów. A jeśli wierzyć ilustracjom na dawnych mapach (np. Islandii Abrahama Orteliusa z 1598) morze wprost się roiło od monstrów rozmaitego rodzaju.

Wielkie potwory morskie, choć przerażające, są jednak daleko, można jedynie nie bez emocji obejrzeć ich wizerunki, wystawione na widok publiczny. Ale czegoś trzeba się przecież bać i u siebie. I tu wracamy do kresowych okolic znanych z Trylogii. Niedaleko Kamieńca Podolskiego jest miejscowość Maków, niegdyś własność rodziny Makowieckich (ciotkę Makowiecką znamy z Pana Wołodyjowskiego). Nad dużym dworskim stawem stoi stary młyn, bardzo z wyglądu "Horpynowski". Z jego dwóch stron przyczaiły się dwa wyrzeźbione miejscowe potworki - utopce z wielkimi uszami i mięsistymi wargami. Strach się bać…

Obok antycznej również tradycja biblijna skrywała w morskich głębinach fantastyczne stworzenia. Gigantyczny lewiatan, potwór o wijącym się ciele, symbolizował szatańskie zło. Posłuszna Bogu była natomiast tajemnicza wielka ryba (a nie zwykły wieloryb, jak później powszechnie przyjęto), która zjawiła się, żeby dać schronienie prorokowi Jonaszowi w drodze ku powierzonej mu, a niechcianej misji w Niniwie. W starotestamentowej Księdze Jonasza czytamy: "Pan zesłał wielką rybę, aby połknęła Jonasza. I był Jonasz we wnętrznościach ryby trzy dni i trzy noce. […] Pan nakazał rybie i wyrzuciła Jonasza na ląd".

Za prefigurację własnej śmierci i zmartwychwstania uznał historię Jonasza sam Chrystus, którego słowa przekazuje Ewangelia według św. Mateusza: "jak Jonasz był trzy dni i trzy noce we wnętrznościach wielkiej ryby, tak Syn Człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w łonie ziemi". Nic zatem dziwnego, że motyw Jonasza i ryby pojawił się już w rzeźbie i malarstwie wczesnochrześcijańskim, a potem przez stulecia upowszechniany był w licznych i rozmaitych dziełach. Najbardziej wśród nich niezwykłe, zwłaszcza w widowiskowym aspekcie, są barokowe ambony w kształcie wielkiej ryby, niemalże mansjony sceniczne, mające podkreślać wagę wypowiedzi kaznodziei. Kapłan stojący w rozwartej paszczy miał być dla wiernych nowym Jonaszem, wysłannikiem Boga, a zarazem naśladowcą Chrystusa.

Wielorybie ambony występowały w Austrii i krajach habsburskich, a granicą ich zasięgu była Kotlina Kłodzka i Dolny Śląsk. Tam też odnajdziemy dwa spektakularne przykłady. W kościele św. św. Piotra i Pawła w Dusznikach Zdroju wysoko na bocznym filarze zawieszony został potężny, ciemnozielony "wieloryb" z groźną, uzębioną paszczą. W latach 1720-1722 wykonał go Michael Kössler. Uchwycony w dynamicznym ruchu uniesionej głowy i skręconego, strzelającego w górę ogona, mógł fascynować i przerażać zarazem. Z pary nozdrzy - rur wydechowych (wedle ówczesnych zoologicznych wyobrażeń) w fontannie wody "wytryska" rozbudowane rzeźbiarsko i programowo zwieńczenie ambony.

Zupełnie inna jest "wielka ryba" w kościele św. Jadwigi w Dobroszowie niedaleko Henrykowa. Dostawiona do ściany i wsparta na posadzce, powstała w czasie budowy świątyni około 1750 r. Wzorem dla jej twórcy z pewnością nie był wieloryb, raczej prozaiczny śledź, powiększony do biblijnych rozmiarów. Srebrnołuska ryba ma uproszczoną, nieanatomicznie rozwartą paszczę. Drobne, rzadkie ząbki i wysunięty na bok mały języczek są wręcz groteskowe. Istnieją też takie ambony w Czechach, najbliższa we wsi Kratonohy koło Hradca Kralowe, z 1710 r. Pękaty, zielony "wieloryb" przysiadł z boku prezbiterium na płetwach i zakręconym ogonie. Choć zębaty, nie tylko nie jest groźny, ale w sylwetce i ruchu niemalże komiczny. Przyczynia się do tego zabawnie rozdziawiona paszcza, wąsy na nosie i kokieteryjny loczek na głowie. Dwie jeszcze czeskie "kazatelny ve twaru velryby z otevřeną tlamą" znajdują się w Mnichovicach koło Pragi (ok. 1750) i w Bošilcu koło Czeskich Budziejowic (1 poł. XVIII w.).

Wodne przestrzenie, wodne widowiska

Zostawmy teraz na chwilę wodne stworzenia. A co, jeśli bohaterem przestrzennej aranżacji ma być jednak sama woda? W architekturze ogrodów to zjawisko nierzadkie. Dobrym przykładem jest tu sławna Sofiówka koło Humania, stworzona przez Stanisława Szczęsnego Potockiego dla żony Zofii. Projektantem i głównym realizatorem założenia był polski oficer, inżynier wojskowy Ludwik Metzell, a prace trwały dziewięć lat (1796-1805). Jar niewielkiej rzeczki Kamionki został zupełnie przekształcony, a jej wody, zgromadzone w stawach i zbiornikach, przegrodzone tamami i śluzami, zapewniły wszelkie pożądane atrakcje. Mamy więc staw dolny z wysoko strzelającą fontanną, mamy spadającą do niego Wielką Kaskadę, Jezioro Acheronckie i wypływającą z niego podziemną rzekę (224 metry), po której łodzią, przez śluzę Amsterdamską wypływamy na staw górny z Różowym Pawilonem na sztucznej wyspie Anty-Circe. Jest kaskada, za wodną kurtyną kryjąca grotę Tetydy (zwaną też świątynią Wenus) z posągiem bogini, jest mroczna, tajemnicza grota nimfy Kalipso z tryskającym i niknącym Źródłem Zapomnienia, a obok wmurowany w ścianę dwuwiersz Stanisława Trembeckiego. Jest źródło Hipokrene i wodny kwietnik z wodnymi liliami.

W roku 1800 odbyło się widowiskowe otwarcie nieukończonego jeszcze ogrodu. Wieczorem zapalono ognie wokół dolnego stawu. W kulminacyjnym momencie na jego wody wypłynęła łódź z dwunastoma nimfami w srebrzystobiałych sukniach przystrojonych kwiatami, z rozpuszczonymi włosami i wieńcami w dłoniach. Zofia Potocka w sobolowym płaszczu podeszła wówczas do Ludwika Metzlla, prowadząc go do stopni przystani, ku nimfom, które odśpiewały okolicznościową kantatę.

W Sofiówce dzięki naturalnej stromiźnie jaru i przemyślnie ją wykorzystującym pracom inżynieryjnym woda płynęła żwawo i wytryskiwała tam, gdzie jej kazano. Ale na bardziej płaskim terenie bywają z tym problemy. Trzeba wówczas wybudować wodozbiór - i  tak  w 1778 r. uczyniono w Łazienkach, angażując Dominika Merliniego, a przy okazji wplątując do sprawy rzymski grobowiec Cecylii Metelli jako wzór architektonicznego projektu. Wodozbiór ten to rezerwuar i wieża ciśnień zarazem. W Warszawie mamy jeszcze drugi klasycystyczny w Ogrodzie Saskim, Henryka Marconiego, i neogotycki w Wilanowie.

Wraz z rozwojem miast wieże wodne (u nas zwane głównie wieżami ciśnień) przestały być budowlami ogrodowymi, a okazały się konieczne dla funkcjonowania wodociągów. Projektowano je w wielu stylach, w XIX wieku z wyraźną preferencją neogotyku. Były i pozostały efektownymi dominantami w krajobrazie wielu miast, a dziś cieszą się dużym zainteresowaniem jako zabytki. Wieżę szczególnie okazałą wzniósł w 1904 r. przy al. Wiśniowej we Wrocławiu miejski architekt Karl Klimm, podkreślając jej związek z wodą poprzez wizerunki wodnych stworzeń. Dekorację rzeźbiarską wykonał Ignatius Taschner, wówczas wykładowca Królewskiej Szkoły Sztuki i Rzemiosła. Wmurowane na przyporach płaskorzeźby przedstawiają krokodyla jedzącego rybę, pelikana próbującego połknąć wychudzonego człowieka oraz dziwnego stwora z wielkimi uszami, pazurzastymi łapami i wystającym kręgosłupem, również rybożercę. Stwór ten niepokojąco przypomina Golluma z Władcy pierścieni Tolkiena… Najciekawsza jest jednak przyścienna cysterna z rzeźbą nagiej nimfy, siedzącej na monstrualnym wodnym jaszczurze.

W XIX i początkach XX wieku podobiznami fantastycznych stworzeń morskich nadal najchętniej ozdabiano obiekty w taki czy inny sposób powiązane z żywiołem wody, na przykład zakłady wodolecznicze w uzdrowiskach czy miejskie zakłady kąpielowe, mające podnieść poziom higieny. We Wrocławiu przy ul. Teatralnej zakład taki wzniesiono (według projektu Wilhelma Werdelmanna) w latach 1895-1897, rozbudowano w 1908. Wewnątrz ulokowano basen i łaźnię parową. Prawdziwe wodne życie, wedle gustu epoki nieco dwuznaczne, z tak zwanym "pieprzykiem", tętni jednak na fasadzie potężnego gmachu. Widzimy tu zwierzęta realne: ryby, żaby, kraba i nastroszoną ośmiornicę. Pod parapetami okien uwagę przyciągają płaskorzeźbione sceny ze świata wodnej imaginacji. Oto dwie zachwycone syreny tulą się i adorują wielkiego żabola, obejmującego je płetwiastymi łapami. Starzec z długą brodą, z pewnością wodnik, bo zaplątany w wodorosty, złym, łakomym wzrokiem patrzy na schwytaną żabę… Inny wodnik złowił dwie ryby. Kolejny, z wykrzywiona maską zamiast twarzy, swoją rybę właśnie pożera. Wreszcie demon z diabelskimi rogami i lubieżnie wysuniętym językiem unosi na rękach omdlałą z przerażenia syrenę o rozdwojonym ogonie. Dramatyczne widowisko rozgrywa się na oczach przechodniów…

Przejdźmy teraz do widowisk w węższym sensie, z teatrem włącznie. Najbardziej wodnym wśród nich była antyczna, rzymska naumachia, czyli wojna morska, rozgrywana w specjalnym amfiteatrze z basenem zamiast areny. Kilka naumachii stoczono w słynnym, wielofunkcyjnym Koloseum, rozgrywano je też na naturalnych bądź sztucznych jeziorach. Jako naumachiarri występowali z przymusu skazani na śmierć przestępcy bądź jeńcy. W większości ginęli, próbujących uciec dobijano. Najgłośniejsza, bo opisana przez Tacyta i Swetoniusza, była wielka naumachia na jeziorze Fucyńskim, zorganizowana w roku 52 przez cesarza Klaudiusza. To z nią wiąże się przypisywane gladiatorom powiedzenie: "Ave Caesar, morituri te salutant!".

Morskie motywy odgrywają zasadniczą rolę w dwóch dramaturgicznych arcydziełach, Burzy Williama Shakespeare’a (1611) i Fedrze Jeana Racine’a (1677). U mistrza ze Stratfordu z żywiołem wody wiąże się prolog zdarzeń, czyli tytułowa burza morska, prowadząca do zatonięcia okrętu i uwięzienia bohaterów na zagubionej pośród oceanu, choć bynajmniej nie bezludnej wyspie. U Racine’a z morza najdosłowniej wyłania się finał scenicznej akcji - straszliwy morski potwór, nasłany przez Neptuna na nieszczęsnego Hipolita:

            "Ogromna góra wodna zbiera się spieniona;

            Zbliża się do nas, pęka i wypluwa z siebie

            Potwora, który w pianach wściekle się kolebie.

            Znad plugawego czoła grożą rogi długie;

            Całe cielsko żółtawą z łusek ma kolczugę; […]

            Jego przeciągłe ryki wstrząsają wybrzeżem.

            Niebo patrzy ze zgrozą na poczwarne zwierzę".

                                                                       (przekład: Artur Międzyrzecki)

Tak było na "najwyższej półce” dramatu i teatru - a czy na zdecydowanie niższej Neptun też mógł się pojawić? Owszem mógł, o czym świadczy pewna relacja z Kresów. W Kuraszu koło Równego na Wołyniu, majątku Ignacego i Salomei Kaszyńskich, w latach dwudziestych XIX wieku organizowano amatorskie przedstawienia w sali teatralnej, mieszczącej się w budynku niedaleko dworu. Świadkiem jednego z nich był Narcyz Olizar, polityk i literat, który opisał  je po latach w Pamiętnikach oryginała (1853). Oto fragment opowieści:

"Wysiadłem z powozu i zbliżyłem się do ekonoma.

- Elwiro! - wołał, poglądając na seksternik - twoje okrucieństwo!... […] Zginąłem! - zawołał, a wtem mnie spostrzegł i powstał.

- Co pan robisz? - zapytałem.

- Niech ją Pan Bóg kocha - odpowiedział - to komedia.

- Jak to komedia?

- Pani Starościna pisze jakieś komedie, a ja muszę się uczyć. […]

- Kiedyż będzie komedia? - zapytałem.

- A dziś w wieczór, bo to imieniny pana Starosty. […]

Przeszedłszy wielki dziedziniec, weszliśmy do ogromnego gmachu […] Sala nieźle oświecona zastawiona była ławkami - kurtyna, widać przez miejscowego malarza odmalowana, wystawiała cielę ze skrzydłami, które miało reprezentować Pegaza […]

Nareszcie podniesiono zasłonę i pokazał się mój znajomy ekonom z piką w ręku.

- Elwiro! - krzyknął - Elwiro! Gdzieżeś to!

- Tum jest! - odezwał się cienki głosik i wbiegła pękata dziewka w trykotowym cielistym stroju, z sahajdakiem na plecach i łukiem w ręku - Ratuj mnie Walery! - zawołała.

Wtem za nią wbiegło jakieś monstrum, okryte baranimi skórami.

- Ach! Neptun! - zawołała Elwira i zemdlała.

Walery podskoczył, pchnął lancą Neptuna, Neptun się przewrócił, Elwira wstała, wzięli się pod ręce z Walerym i wyszli".

Istotną dramaturgicznie rolę odgrywały niekiedy rzeczne syreny czy rusałki. To oczywiście w pierwszym rzędzie Córy Renu w Złocie Renu Richarda Wagnera (1854/1869), Waglinda, Wellgunda i Flosshilda, podziwiane przez publiczność i wyśmiewane przez przeciwników inscenizacyjnych koncepcji autora ("suche fale", pracowicie poruszane przez teatralnych maszynistów). Ale też wodne panny z Dunaju w "operze czarodziejskiej" Das Donauweibchen Karla Friedricha Heuslera z muzyką Ferdinanda Kauera (Wiedeń 1798), u nas, za sprawą polonizującej adaptacji Jana Nepomucena Kamińskiego zamienione w swojskie Syreny z Dniestru (Lwów 1814). W wersji polskiej królowa syren miała na imię Krasnodywa, jej córka Lubiuchna, a ich towarzyszki o niemniej wdzięcznych imionach (Erlinda, Salina, Nadina, Baliza) głównie śpiewające pieśni w rodzaju:

"Ciebie, Pani, nam tak drogą,

Miłości ogień dręczy srogo,

Wydarto z serca twego

Kochanka lubego".

Sztuka cieszyła się wielkim powodzeniem i długo pozostawała w repertuarze. Jeszcze w listopadzie 1846 r. grana była w Krakowie - z patriotycznymi kupletami w finale.

"Tych dwóch ludzi - ogień, woda" - powiada Wacław we Fredrowskiej Zemście. No właśnie, czy żywioły tak przeciwstawne dają się widowiskowo połączyć? Oczywiście tak, i są na to przykłady. 8 maja 1766 r. w Kamieńcu Podolskim z okazji imienin króla Stanisława Augusta, pułkownik artylerii i zarazem ceniony architekt Jan de Witte urządził wyjątkowo efektowny fajerwerk, prawdziwy teatr ognia i wody. W centrum miasta, przy Rynku ormiańskim zbudowano amfiteatr dla tysiąca widzów. Naprzeciw niego stanął "ogród obszerny […]w śrzodku mając sadzawkę na kilkadziesiąt kroków wszerz i wzdłuż, dwa łokcie w głąb wykopaną, wymurowaną i kilku tysiącami beczek wody napełnioną, nad którą obeliszek stał na wzniesionej skale, mając oświecone w cyfrę związane litery pod koroną S. A. R".

Pierwsze race wypuszczono z ziemi, ale zaraz potem "z wody różnymi sposobami ognie i z wynalazku nawet nowego, nieustannie wyrzucając różnym kształtem iskrzące się blaski, i ze wnątrz [z wnętrza] wody wybuchały fontanny, jako też w górę wydobywające się razem gromadne rakiety, a gdy po kilkakroć cała sadzawka okryta ogniem przygasła, znowu każda ozdoba ogrodu kunsztownym ogniem osobliwiej wydawała się". "Z wynalazku nawet nowego" - to znaczy, że kamienieccy artylerzyści-fejerwerkierzy opracowali nieznany wcześniej sposób wystrzeliwania ognia spod wody. 20 maja 1766 r. podczas audiencji w Warszawie kapitan Józef de Witte, syn Jana, ofiarował królowi barwny "rys fejerwerku, tak lądowego, jako i wodnego", sporządzony i sygnowany przez pułkownika. "Król Jmć bardzo to mile przyjął i wielkie stąd oświadczył ukontentowanie".

Dziś dawnych sposobów nikt już nie pamięta, a z niegdysiejszych fajerwerków pozostały jedynie "ognie sztuczne", co najwyżej wystrzeliwane z pontonów na powierzchni wody - jak w Wenecji podczas Festa del Redentore. Odpowiednikiem ognisto-wodnych fajerwerków są obecnie fontanny świetlne o rozbudowanych programach. Woda i barwne, dynamiczne światło, zwykłe i laserowe, to przecież woda i ogień. Mamy taki Multimedialny Park Fontann także w Warszawie. Niezwykle lubiane są tego rodzaju pokazy na Ukrainie, gdzie mają nawet pewien walor polityczny. Petro Poroszenko, do niedawna prezydent, zwany "królem czekolady", założyciel firmy ROSHEN, której miastem macierzystym jest Winnica, na parę lat przed swoją elekcją ufundował dla mieszkańców wspaniałe widowisko. Zespół fontann ulokowany na wyspie, na rzece Boh, to największa tego rodzaju instalacja w Europie. Woda, światło, muzyka, fabularne projekcje tworzą bardzo efektowną całość. Programy są zmieniane i coraz doskonalsze technicznie. Pokazy odbywają się w soboty i niedziele, i przyciągają do amfiteatru zbudowanego na brzegu rzeki tłumy winniczan oraz turystów, specjalnie na nie przyjeżdżających. W ślady Poroszenki poszedł inny polityk, Anton Jacenko, deputowany od czterech już kadencji, urządzając multimedialne fontanny w Humaniu (niedaleko od Sofiówki), na mniejszą jednak skalę. Jego nazwisko pojawia się na kurtynie wodnej na zakończenie wieczoru.

Zespół świetlnych fontann, zsynchronizowanych z muzyką, znajduje się też w samym centrum Kijowa, na Majdanie Niezależności (placu Niepodległości). Zniszczony podczas starć ulicznych z siłami rządowymi w lutym 2014 r., swym stanem długo przypominał tragiczne wydarzenia. Odnowione i uruchomione w 2018 r. fontanny, wspanialsze niż dawniej, stały się dla tłumnie tu przychodzących mieszkańców ukraińskiej stolicy znakiem powrotu do normalności. A największa spośród nich, wytryskując na dwadzieścia metrów w górę, dobrze ukazuje potęgę wodnego żywiołu.

Prof. dr hab. Jarosław Komorowski - historyk teatru, szekspirolog